Kod produktu: 8968P45
Maria Rodziewiczówna, Macierz
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 1987
Liczba stron: 159
Okładka: miękka
Stan: bardzo dobry -
Program lojalnościowy
Zdobywaj punkty za zakup produktów objętych programem lojalnościowym. Za punkty będą naliczane rabaty na kolejne zakupy.
W panelu klienta znajdziesz informacje o Twoim stałym rabacie.
Zdobywaj punkty za zakup produktów objętych programem lojalnościowym. Otrzymuj produkty lub rabaty na kolejne zakupy.
Załóż konto lub zaloguj się. W panelu klienta znajdziesz informacje o zebranych punktach.
Zapytaj o produkt
Administratorem danych osobowych jest CZAS KSIĄŻKI. Przetwarzamy je w celu przesłania odpowiedzi na zapytanie. Więcej informacji dotyczących przetwarzania danych osobowych znajduje się w polityce prywatności.
Udostępnianie karty produktu
Koszty dostawy wybranego produktu
-
Paczkomaty 15,00 zł
Paczkomaty InPost
-
Przesyłka kurierska do 30 kg 19,00 zł
-
Przesyłka ekonomiczna polecona -Poczta Polska 14,90 zł
-
Przesyłka priorytetowa polecona -Poczta Polska 15,90 zł
Cena dostawy dotyczy tego produktu (w wybranym wariancie - jeśli dotyczy). Może się ona zmienić po dodaniu innych produktów do koszyka.
Opis produktu
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 1987
Liczba stron: 159
Okładka: miękka
Stan: bardzo dobry -
Powieść o dramatycznych perypetiach Pokotynki – młodej dziewczyny, której los nie szczędził kłopotów i rozczarowań, nagradzając ją jednak innymi wartościami. Książka o wytrwałej i wielkiej miłości oraz macierzyństwie, które staje się dla bohaterki treścią życia.
„- Imię wasze i nazwisko?
- Wołają mnie Pokotynka – odparła ponuro.
- A jakże się nazywacie ze chrztu i z rodu?
- Nie pamiętam. Deszcz i śnieg mnie chrzciły, a ród – droga.
- Macie paszport, metrykę, papiery?
- Po co? Pokotynkę policja zna. Z sołdatami przyszła i tu ją rzucili, bo zdychać miała. Ano, nie zdechła i została na rynku w Oranach. Trzy lata się walała, co psy jadły, to jadła, gdzie noc zaszła, tam się przespała, jaki łachman kto na śmiecie rzucił, w to się ustroiła. Hulała Pokotynka, oj hulała, a co ludzie z niej uciechy mieli, a jak ją znali. Od pana stanowego i sędziego – do żydowskiego bachora, wszyscy ją znają. Na co Pokotynce papiery. Do poboru nie pójdzie, w kościele niepotrzebna, do ostrogu nie wezmą, bo nie kradnie, podatku z czego płacić nie ma – mówiła, śmiejąc się.
Zza purpurowych warg błysnęły zęby śnieżnej białości, na śniadą twarz wystąpił rumieniec, tylko oczy były dzikie, ponure i błyskały złowieszczo.”
Źródło opisu: lubimyczytac.pl